moja wdzięczność

   

tak przyszło mi do głowy…

że wdzięczność pomnaża
i dzieli z nadmiarem
i daje nadzieję
odzyskujesz wiarę…
więc jestem wdzięczna
za chwile pragnienia
za moment zmęczenia
i noce wahania
za subtelność
i  optymizmu kropelki wszelkie
za zobojętnienie
i neutralizację
za te minuty drobniutkie niewielkie
spędzone w ciszy
i te godziny
szaleństwem owiane
i nie wiem jak
spłacić te zobowiązania
i nie wiem jak wypowiedzieć
ale dzięki…

nawet gdy

bez pożegnania…

                                                    

Reklamy

na dwa cienie… cztery struny i smyk…

  

gdy mowa płynna a język giętki
można przekazać bieg myśli prędki
gdy palce giętkie
w taktach nieskromne
z sonaty stworzę letnią symfonię

albo preludium

do Suity V Es-dur

niech grają smyki

niech śpiewa chór

niech opowiada

niechaj  zamienia
księżycową romantycznością

 tonacji brzmienia
 w klasycznym gwiezdnym błysku świetlika

wrażliwa dusza

duszy dotyka
jak dwa motyle nocne

wędrują cienie
barokiem zdobnym
ponad muzycznym dźwięków westchnieniem

letnia symfonia księżycowa
w niej  cały świat

 łzy zakazana miłość radość i szczęście 

w klawiaturze uwięzione wiersze

na dwa cienie

cztery struny

i smyk…

                                            

ocean…z bezkresem myśli…

Jestem oceanem z bezkresem myśli
Z wodą głęboką tajemnic po brzegi
Nieznane głębie wciąż nie odkryte
Niektóre zostaną już tak na wieki

Myśli me kłócą się z mymi czynami
Wynosząc na wierzch pianę ze złości
W głębiach szaleje wielkie tsunami
Przy brzegach spokój ogrzewa kości

I nie za długo ta cisza przed burzą
Bo już nadchodzi z głośnymi gromami
Jest silną podstępną poczwarą dużą
O wielkich oczach i z piorunami

Po niej nastaje cisza złowroga
Która trwać będzie pewno niedługo
Może poprosić o spokój Boga
Albo się ukryć przed burzą drugą?  

~wac222@com.pl, 2010-08-22 19:03

                                                                           dzięki…cyg@

to co zostało?

      

nie ma już gniewu…zgrzyt się wyczerpał
nie ma już strachu…granice przebrał
nie ma już łez
…oczodoły wyschły
nie ma marzeń…wraz  z grzmotem prysły

nie ma cierpienia
…spowszedniało


nie ma melodii… z akordem wywiało
nie ma już słów…ugrzęzły w gardle
nie ma już wspomnień …trawią zajadle
nie ma już nieba…bramy zatrzaśnięto

nie ma znaczenia…gdy głowę ścięto ?

zaplątane…w szwach…

oskubane z puchu

w poszwie jedwabnej

pod sufut

w pamięci

 

Matka Boska karmiąca

na ręku z niemowleciem

 

myśl zaplatana

w drobiazgach roprutych szwów

w nosie

w uszach

we włosach

nic…tylko puch…

 

dzikie kaczki

                   gęsi

                          kluczem

                                               szyk…

                                          

dla neurotyków?

  

sieć

zarzucona na ludzi 

złodziejka czasu

bezwzględna morderczyni życia  

czai się przede mną

ma coś do ukrycia

 

w realu mamy coś do zrobienia 

zarabiamy i wydajemy pieniądze

przeżywamy radości i cierpienia 

bierzemy kredyty

kupujemy domy

sadzimy kwiaty

widok wymarzony

urządzamy mieszkania

kochamy

wychowujemy dzieci

słoneczkiem się cieszymy i deszczem że leci

dbamy o tężyznę fizyczną i psychiczne zdrowie

a po cóż blogi piszemy

czy ktoś mi odpowie

czytamy

podróżujemy

chodzimy do kina

a nawet do baru by się napić piwa 

uczymy się języków

gry w golfa

na flecie

nawet dziecko ma bloga

po co może wiecie

pielęgnujemy kontakty z rodziną z przyjaciółmi

jemy

pijemy i robimy sto tysięcy innych rzeczy

 

czyli żyjemy

 

a czas nam szybko leci

przed snem poczytamy kilka stron książek periodyków

czy codzienne pisanie bloga to zajęcie dla neurotyków?

…dyg…uśmiechniety…

  
ptakiem amarantowym wśród chmur
beztroskim szlakiem wśród tęgich gór
błotnym bezdrożem w dal i na przełaj
 przez kłęby słów
wiatrem
przedzieraj

na koniu narowistym

lepkim poboczem
deszczem wstęg plecionych warkoczem
ze srebrzystymi cekinami
po łące boso
z otwartym na oścież
skropionym rosą

 zatrzymasz

dostojne słowa w krawat przybrane

pokłonię się nisko

 
                        chwilę przystanę

tu uśmiechnięty …dyg…

 
                                                 

wieko milczenia

tu pochowałam marzenia

serce przestało im bić

nie były w stanie spełnienia

nie mogły swobodnie żyć

 

przykryłam wiekiem milczenia

w czarny ubrałam kir

wiatr na organach zaśpiewa

ciężki przygniecie je żwir

 

piorunem zapalę świeczki

i z kwiatów usypię grób

tutaj snem zasną wiecznym

nie licząc na żaden cud

 

duszy zerwana struna

okrutnie jęczy i łka

to solo to chórem

po policzku spływa

jedna

druga 

i następna

 

piekąca  łza…

zabrakło pomysłu…

    

ćwierkają…

że jestem wesoła
gęby wprost nie zamykam
paplam powtarzam w koło
co drzemie na końcu języka

gadam bez chwili wytchnienia
jak baterią zasilana katarynka
o ważnym nieważnym

na przemian
nie jedna minęła godzinka

chciałbym jeszcze jak orkiestra
pomuzykować  lirycznie
albo na smykach zagrać

coś ekstra
co wzruszy Twą duszę muzyczne

a może Ciebie to smęci i nuży
ta moja gadanina pusta

więc wyłącz

nie męcz się dłużej


buziakiem zamknij mi usta…

 

umilknę w mig

 

                                               

tam mieszkam….gdzie Chrumka…

  
moja blondyneczka
autentyczna
prawdziwa
na spacer ją zabierałam
na popas z nią wychodziłam
na szyi zapinałam łańcuszek
szłyśmy pod jabłonie i grusze
zbierała
chrumkała
ryła

opaliła się
gdy słońce grzało dłużej
patykiem drapałam po różowej skórze
po brzuchu
tylko sapała leżała bez ruchu
dzień cały po sadzie buszowała
kołek tu czy tam wbijałam
przytyła utyła
urodziwa
ryła

zryła cały ogród
jabłka pozbierała
moja Chrumka
jak pięknie chrumkała
więc chrumkałyśmy razem
 ciekawostką była unikatem
okazem

adres wszyscy mój znali
no nie wiecie ?
tam gdzie opala się i chrumka w sadzie przy kobiecie
z łańcuchem na szyi
 sto czterdzieści ważącej
blondyneczki

świni…